Menu Close

Z pamiętnika robotnika

Czasem myślę, że aby być przedsiębiorcą trzeba być nienormalnym.

Bo kto normalny decyduje się na walkę w stresie, niepewności, przechodzeniu z zachwytu w przybicie, w imię idei i ambicji?

Dzisiaj był dobry dzień w pracy.

Najpierw 2-godzinny szkolenie dla klienta. Wiedza przekrojowa, trochę sprzedażowa, mocno biznesowa i strategiczna. Prezentację zbudowałem 30 minut przed spotkaniem. Pomysł na to co i jak powiedzieć miałem mglisty. Ale to kwestia doświadczenia – tego typu wystąpień zrobiłem ze 100 co najmniej. Może z 200. Klient zachwycony. Widzi w nas podporę i czuję, że jeśli zdecyduje się mocniej uderzyć w Citizen Development i Power Platform, to wybierze właśnie nas. Skuteczność miarą prawdy.

Potem szkolenie na największej konferencji ekspertów w PL. Tym razem drugi koniec skali – mocno techniczna prezentacja. Nawet się nie przygotowywałem. Tego typu prezentacji zrobiłem też ze 100. W komentarzach ciekawe pytania. Chyba się podobało, chyba trafiłem w gusta. Z tego całego podekscytowania zapomniałem powiedzieć, że rekrutujemy. Trochę zawód, ale ogólnie na plus.

A na koniec rozmowa z nowym kandydatem do pracy. Świetny człowiek. Genialny profil – mocno współgra z naszymi potrzebami. I do tego jak usłyszałem ile chce “na rękę”, to zaproponowałem mu kasę o 40% większą. Nie miałbym sumienia uczestniczyć w “underpayment” – nawet jeśli to on proponował mniej.

Powrót do domu.

Najpierw telefon od dyrektor jednego z naszych klientów. “Dowiedzieliśmy się, że Radek odszedł” – argh…wiedziałem o tym od miesiąca. Próbowaliśmy kogoś zorganizować na jego miejsce, ale ciągle nie miałem czasu rekrutować. Bo projekty, bo klienci. Złapaliśmy trakcję (choć trudno mi to przyznać przed samym sobą – staram się nie dać zaślepić się ego i pyszności. Pokora) i jakoś tak nie było kiedy…a teraz jest za późno. Mogłem tylko najszczerzej jak potrafiłem przeprosić, wywaliłem karty na stół – wiedziałem, nic nie zrobiłem, bo zaczęły nam iść projekty i pojawiać się klienci których trzeba było najpierw obsłużyć sprzedażowo, formalnie i wystartować współpracę. Posypałem głowę popiołem. Dobry ruch, dyrektor zrozumiała, ucieszyła się sukcesem, szczerze, doceniła postawę. Również szczerze przyznała, że musimy projekt domknąć do końca roku. To sporo czasu. Damy radę. Obiecałem, że jutro zacznę organizować zasoby po naszej stronie, ale może to potrwać nawet 2 tygodnie. Jest ok. Chociaż w mojej głowie ogromny żal do siebie i niesmak pozostał.

Cholera…rekrutacja. Potrzeba nam ludzi. Szukam na LinkedIn. Ze 30 zakładek otwartych. Trafiam nagle na znajomego.
“HEJ HEJ, DAWAJ DO NAS” wypalam w wiadomości.
“Michał, piłeś alkohol?” odpowiada.
Nagle uderzył mnie mój nietakt. Z gościem rozmawiam okazjonalnie, raczej znajomość zawodowa, a ja tu nagle takie teksty….eh…jestem niepoważny.
Potem było jeszcze gorzej
“Nie, dzięki, póki co dobrze mi tu gdzie jestem, nie planuje zmiany pracy”
Damn it….
“A mogę spytać co Ci odpowiada w nowej pracy?”
“Zaaklimatyzowałem się, ludzie fajni, rola przejrzysta, super projekty dla znanych marek i ciekawe, Kasa dobra, Przestrzeń na rozwój. Rowerem 25 minut z domu”
Psiakrew. Życie jest niesprawiedliwe…pracuję ciężko jak wół, robię sprzedaż, headhunting, business development, personal branding i competency awareness…w pocie czoła i szczęściu pozyskałem pierwszego dużego korpo-klienta. Drugi i trzeci już na końcówce “lejka”. A są firmy, które po prostu u wielu dużych już byli i ciągle tam są. To niesprawiedliwe, jak nowi, ambitni, głodni i z pomysłem mają się przebić? Nie no….to w sumie bardzo sprawiedliwe. Oni przecież tego klienta nie znaleźli na ulicy. Musieli o niego zawalczyć. Eh…tyle pracy do wykonania…

Humor ewidentnie nie dopisuje.

Duma i ekscytacja z pierwszej części dnia zostaje wyparta przez przerażenie, zwątpienie i zniechęcenie. Rezygnacje.

Psiamać. Nie no, nie zrezygnuję. Nikt nie ma takiego pomysłu jak ja. Pomysłu w którym pieniądz nie jest najważniejszy. Mówią, że firma musi zarabiać. Uważam, że nie musi. Bo gdyby musiała tylko zarabiać, to by kradła. I szła do celu po trupach. A można zarabiać robiąc to uczciwie i godnie. Może trochę mniej, może nieco wolniej. Za to w takim sposób by pracownik był WSPÓŁpracownikiem. Był kimś. Gdzie o klienta się dba, a nie tylko kasuje. To są idee. Zupełnie niebiznesowe. Ale ja jestem idealista. Nie chcę mieć największej i najbogatszej firmy. Chcę mieć najlepszą firmę. Najlepszą w opinii wszystkich którzy dla nas pracują i dla których my pracujemy.
To jest mój KPI.

I znowu rośnie humor, tworzy się determinacja, chęć walki, udowodnienia niedowiarkom, wątpiącym i kpiącym. I wraca duma.

Czyli diagnoza się zgadza. Emocjonalny rollercoaster. Jestem trochę poszarpany.
Chyba, że….chyba że bycie wariatem, to jest “new normal”.
A może to tylko moja cyklotymia daje mi się we znaki.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *