Menu Close

Bolesne rozstanie w firmie

Początkowo poniższy tekst udostępniłem tylko blisko zaufanym osobom z grupy Mastermind.

Jednak jakimś czas po podzieleniu się nim miałem rozmowę z jedną osobą odnośnie tego, że w social mediach wszystko jest takie kolorowe. Tyle się opisuje sukcesów i dobrych momentów: “kolejna runda inwestycyjna!”, “znowu rośniemy!”, “zostaliśmy nagrodzeni!”. I to jest zrozumiałe – kiedy odnosimy sukces chcemy się nim pochwalić. A kiedy odnosimy porażki chcemy je zakopać jak najgłębiej.

A porażki uczą tak samo jak sukcesy.

Dlatego zdecydowałem się opublikować tekst który możesz przeczytać poniżej. Jest pełen goryczy i żalu. Pokazuje co przeżywa founder, gdy odchodzi mu człowiek z którym wiązał on duże nadzieje. Na końcu tekstu przedstawię wnioski do jakich doprowadziła mnie ta sytuacja.

Miłej lektury!

=======================

Mój wewnętrzny stoik na chwilę zamilkł. Prym przejął emocjonalny wkurw.
Przejdzie mi i zaraz sobie wszystko poukładam, znajdę mnóstwo plusów aktualnej sytuacji.
Rozwinę się. Dojrzeję.

Ale teraz jest wkurw.

O 12 dzisiaj dostałem informację od człowieka, że odchodzi.
Idzie do dużego service providera – takiego co to ma pasję do technologii. Nieco większa kasa.
Ale nie kasa była powodem.
Powodem były większe projekty – takie o które my dopiero zaczynamy pomalutku walczyć. Takie które orką na ugorze wyszarpujemy. Ale póki co mamy ich jeszcze niewiele.
Powodem było to, że w nowej firmie siedzą architekci i seniorzy którzy siedzą w technikaliach 24/7 i od których on się może uczyć. U nas takimi osobami jestem ja i jeden z wspólników. Ale obaj jesteśmy urobieni w tematach biznesowych, sprzedażowych i marketingowych. A z kolei na ściągnięcie takich ludzi technicznie jak my, nas jeszcze nie stać. Dlatego staram się ściągać juniorów z potencjałem.

On był jednym z nich. Junior, 6 msc w IT (u nas). Post marketingowiec. Umiał rozmawiać z klientami, umiał prowadzić samodzielnie projekty. Interesował się technologią w której pracujemy i po godzinach doczytywał, rozwijał się.
Pokładałem w nim nadzieję. Angażowaliśmy go w ciekawsze projekty. Miał przejąć moją schedę mistrza naszej technologii. Zarabiał niemało, więcej niż przewidujemy dla osób na tym stanowisku. Ale chcieliśmy żeby niczego mu nie brakowało. A jednak odchodzi.

Daliśmy mu szansę zatrudniając jako juniora, ujrzeliśmy potencjał, otoczyliśmy fajnym zespołem, fajną kulturą. A i tak wszystko jak krew w piach.
Gdy mi oznajmij, że odchodzi, to mówił, że klamka zapadła. Decyzje już podjął. Nie na piśmie, ale w głowie. Nie miałem nawet szansy zareagować.

I gdy to mówił, to płakał. Mówił, że najbardziej jest mu źle z mojego powodu – że odchodzi ode mnie.
Nawet się wzruszyłem. A potem wypaliłem 3 fajki chociaż nie palę.

Ta firma ma teraz wielkie ssanie na ludzi, bo kilka osób im odeszło z teamu.
Kasy nie przebiję, projektów jak oni nie przebiję, ludzi jak oni nie przebiję.
Tylko że w IT nie jest jak w piłce nożnej, że jest okno transferowe i za gracza płaci się jego klubowi. Tutaj przychodzi HR, nawija makaron na uszy, rozkłada wachlarz możliwości i wszelka lojalność pracownicza i relacje przestają mieć znaczenie.
I to boli.
I kolejny fajek.

IT to konkurencyjny rynek. Bardzo. Myślałem, że roztaczając wizję najzajebistszej firmy ever, z szacunkiem, z dbałością o team, z wizją i szacunkiem do człowieka, z nazywaniem ludzi “współpracownikami”, a nie “pracownikami” – że tym wszystkim przebijemy się przez gąszcz szarych i starych jak świat wartości: fajne projekty i duża kasa.

Urobiony po łokcie jestem wkurwiony. Bo choć daję z siebie 150%, to w takich chwilach czuję się rozczarowany i zawiedziony rzeczywistością.
Bo gdy robię 2 kroki do przodu, to nagle coś cofa mnie o krok albo dwa w tył.
Bo jako osoba, która wykazuje się ogromnym poświęceniem, spodziewam się tego po innych.
A zamiast tego inni zachowują się oportunistycznie.
Kapitalizm psia jego mać.

Może tak musiało być – twarda jak beton rzeczywistość pokazuje mi, że wciąż zbyt dużo idealisty i romantyka we mnie. I jeśli chcę działać w biznesie, to muszę utwardzić swoją skórę, stępić swoje przesadzone sumienie.

Nauczyłem się już, że z każdej porażki wychodzę silniejszy. Że nawet jeśli rzeczywistość uwali Developico, to ja ze zdobytą wiedzą będę realizował jeszcze lepsze projekty. Może tylko pod innymi nazwami. Może z innymi ludźmi. Może w innych realiach biznesowych.

Pewnie za dzień albo dwa, a może za tydzień, będę wdzięczny za to doświadczenie. Wyciągnę z tego lekcje. Wymyślę kolejny model biznesowy który pozwoli mi iść tam gdzie chcę.
Już napisałem do tej firmy, że skoro zabrali mi w sumie 2 osoby, to może spróbujmy się dogadać. Będę chciał im zaproponować jakiś stały body leasing skoro tak bardzo cenią sobie naszych ludzi.
Coś wymyślę. W sumie to lubię wyzwania i jakoś rozwiążę tą sytuację. A może jako mały gracz w ogóle walić consulting i bazować na sprzedawaniu naszego community, aktywności marketingowe, projekty strategii. Coś co nie jest zależne od posiadanych kompetencji tylko właśnie od tego co w głowie mają founderzy. J-labs chyba też właśnie na początku próbowało robić własną firmę a w końcu całkowicie przeszli na body leasing.

Anyway – na ten moment jestem wkurwiony. I jestem też trochę zawiedziony Nim. A może nie tyle Nim tylko sobą – że w Developico siedzi jeszcze kilka innych podobnych do Niego osób w których pokładam nadzieję, dostrzegam potencjał i inwestuję swój czas w ich rozwój. A finalnie, prędzej czy później, to ja zostanę oportunistycznie zostawiony – bo na pewno to nie ja zostawię tak innych, ja nie jestem zdolny do takich zagrywek. A może JESZCZE nie jestem zdolny – wszystko zależy od tego jak szybko wypali się we mnie ten romantyk i idealista. Jebany.
Ostatni fajek.

Wracam do domu, zostawiam 30 zadań które na mnie czeka i idę spędzić czas z synem. Odpocznie mi głowa.

============================

A teraz wnioski:

  • Super atmosfera i kultura organizacji to wisienka na torcie. Tym nie buduje się firm. Ale dobrze się cementuje zespoły. Jeśli masz kasę, projekty i ludzi, to kultura sprawia że jesteś prawdziwym przecinakiem. A jeśli masz tylko kulturę to co najwyżej przecinkiem.
  • Każdemu juniorowi którego teraz będziemy zatrudniać, będziemy dorzucali 1 rok zakazu pracy dla dowolnej konkurencji. Powód oczywisty – poza kasą będziemy inwestować mnóstwo czasu, energii i wiedzy w to aby taką osobę zbudować. Czy rok to wystarczająco? Czy to pozwoli scementować fajny zespół? Nie wiem. Zobaczymy. Może te okna transferowe, to nie taki zły pomysł? Skoro team ma być teamem, to musi być przewidywalny “spokój kadrowy”.
  • To odejście było ważnym doświadczeniem.
    • Rozwinęło mnie jako człowieka – cieszę się, że mam w sobie zdolność do emocji, umiem je okazywać, ale też nie puszczają mi nerwy – gdy z Nim rozmawiałem, to nie krzyczałem, nie obrażałem, nie aktorzyłem.
      A mogłem. Bo kiedyś tak robiłem.
    • Rozwinęło mnie jako szefa – w życiu każdej firmy przychodzi taki moment, że ludzie odchodzą. Jako szef trzeba szybko ufać i dawać kredyt zaufania ludziom, a kiedy odchodzą równie szybko podnosić się i rozumieć ich motywacje. Trzeba szybko stawać się przyjacielem i równie szybko przestawać nim być. To trudne. Trudno jest budować firmę opartą o zaufaniu i odpowiedzialność kiedy zawsze trzeba być gotowym szybko z tego zrezygnować. Ale taka jest cena robienia biznesu. Nikt nie mówił, że będzie kolorowo i łatwo. Widziały gały co brały, to teraz pij pan to piwo.
    • Rozwinęło mnie jako stoika – Doceniłem tych którzy ze mną są pomimo upływu czasu. Doceniłem mojego pierwszego pracownika, że jest ze mną tyle czasu, 1.5 roku, pomimo, że mógłby nie raz odejść. Ale ceni to kim jestem. Jest takim Sancho Panzą. Bo ja z kolei często czuję się jak Don Kichotem – walczę z wiatrakami. Biznesu. Ludzi. Cnót i wartości.

I tradycyjnie na koniec: Proszę, napisz czy masz podobne doświadczenia.
Jak Ty podchodzisz do rozstawania się z ludźmi. I jak się zabezpieczasz przed ich odchodzeniem. Czy wg Ciebie transfery jak w piłce nożnej mogłyby sprawdzić się w IT?

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *